“Ciekawość ponad ego” to zdanie, które usłyszałam niedawno w wystąpieniu Elizabeth Gilbert podczas konferencji TED i przyznaję, że zrobiło na mnie piorunujące wrażenie. Czy to właśnie nie ego powstrzymuje nad przed robieniem rzeczy, w których możemy się nie sprawdzić? Czy to nie ego podpowiada nam, że albo wchodzimy w coś na całość, albo wcale? No właśnie. To dlatego od początku roku mimo ironicznych uwag ze strony mojego ego, świadomie staję po stronie ciekawości. I mam na to pomysł.

Już drugi rok z rzędu ominęło mnie gorączkowe wymyślanie postanowień noworocznych. A to dlatego, że plan roczny robię w lipcu, korzystając z refleksyjności czasu urodzin. Nie inaczej było i tym razem. Dlatego 1. stycznia mogłam
w spokoju wypić kawę, przeglądając swoją listę i analizując, na jakim etapie jestem w realizacji swoich celów. I co się okazało? Że idzie mi całkiem nieźle, natomiast jest jeden kłopot. Wpisałam na listę bardzo wiele punktów, których po prostu nie da się zrobić. Na jednej liście wpisałam m.in: nauczyć się wystąpień publicznych, robić dobre zdjęcia, nauczyć się kaligrafii, czytać więcej literatury, założyć kolekcję sukulentów, więcej podróżować, poświęcić czas na pisanie opowiadań – jak kiedyś. Poza tymi “kreatywnymi” celami mam jeszcze całkiem duże cele dotyczące relacji, rozwoju zawodowego, a co za tym idzie… niezbyt wiele wolnego czasu na zrealizowanie tego wszystkiego. I nasunęły mi się na myśl dwa w wnioski. Po pierwsze: nie zrobię tego wszystkiego mając do dyspozycji taką ilość wolnego czasu jak obecnie. Po drugie: każda z tych dziedzin, którą mam na celowniku wymaga przejścia pewnego procesu. Researchu tematycznego, czasu poświęconego na praktykę, poznawania ludzi z tej dziedziny, a potem chociażby chwilę refleksji nad tym, w jakim zakresie dana dziedzina mi się przyda w życiu. I jak bardzo chcę być w niej dobra. Czyż nie wygląda to bardziej na proces niż jednorazowe “chwilówki”, które mogę zrobić po pracy przed pójściem spać? Zdecydowanie odpowiedź brzmi: “tak”.

No właśnie, a skoro podjęłam decyzję o zrealizowaniu tych pomysłów, to muszę znaleźć na to sposób. I wygląda na to, że znalazłam.

Nic rewolucyjnego

Odpowiedź była prostsza niż mogłoby się wydawać. Bo rozwiązanie przyszło samo i na szczęście jest powszechnie znane i dostępne. 30-dniowe wyzwania. Znane mi między innymi z wystąpień TED. Podczas gdy w krótkiej prelekcji Matt Cutts dzielił się doświadczeniem  napisania książki przez 30 dni. Jego wielkim sukcesem było skończenie tego, co zaczął. Jak twierdził, wcale nie miał zamiaru pokazywania tek książki światu. Ale wyzwania 30 dni-owe pozwoliły mu otworzyć się na wiele nowych dziedzin, których inaczej nie byłby w stanie dotknąć.
To nie jedyna inspiracja. Swego czasu 30-dniowe wyzwania podejmował też Paweł Bajkowski na blogu wymowek.pl. Bardzo solidnie do tego podchodził przez długi czas. Jego wyzwaniami były cele rozwojowe, życiowe i codzienne, okraszone bardzo dokładnym opisaniem co, gdzie i dlaczego. Wzbogacona, rzecz jasna dokładnym przedstawieniem rezultatów. Trzecia, i już ostatnia inspiracja, którą miałam w głowie, wymyślając swoje wyzwanie, była w artykule, na który się natknęłam. Tam pewna autorka dawała sobie 30 dni na zostanie ekspertem w jakiejś dziedzinie. To bardzo urocze wyzwania. Np. przez 30 dni intensywnie zgłębiała życie i twórczość konkretnego pisarza. Bardzo mi się to wszystko podobało. Bo to takie luźne, bez niepotrzebnego napięcia, kreatywne i przede wszystkim – taki ukłon w stronę swojej własnej ciekawości, bez wystawiania swojego ego na próbę.
Czas zatem sprawdzić to na sobie i swojej długiej liście celów.

Na moich zasadach

Plan jest następujący. Wybieram jeden temat na konkretny miesiąc. W tym czasie piszę 4 posty. Przedstawiam najpierw wstępny research, być może rozmowę z osobą, która się zna na danej dziedzinie, piszę o swoich refleksjach, przygotowuję post o tej dziedzinie w pigułce – czyli o najważniejszych zagadnieniach, a później kończę postem. Oczywiście takie 30-dniowe plany odbyłyby się też bez takiego skrupulatnego postowania na blogu, ale to po pierwsze: forma zobowiązania – co dodatkowo motywuje, a po drugie – skoro już wykonam taką pracę, to chętnie się nią podzielę.
Jeszcze na koniec jedna rzecz, dla jasności. Uznałam, że ten okres na zbadanie konkretnej dziedziny powinien trwać miesiąc. I symbolicznie powinien zostać zamknięty furtką do rozwinięcia w przyszłości. Prawda jest taka, że wiele dziedzin, chociażby pierwsza z nich, będzie miała konsekwentne rozwinięcie w moim życiu. W końcu po to się uczę, żeby wykorzystywać to w praktyce. Ale blogowo chcę poznawać nowe dziedziny i opisywać je. Chyba wszystko jasne. To co? Jesteśmy umówieni? Pierwszy temat na celowniku: wystąpienia publiczne. Do przeczytania już niedługo.

O Autorze

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany