Brzmi to mało realnie, wiem. Człowiek po studiach, z obronioną magisterką, pracujący od 9.30. Śpiący zgodnie z zaleceniami. Aż tu nagle dzwonek. I to wcale nie kurier z kwiatami i tortem urodzinowym. To budzik. Ustawiony na niemiłosierną i przeklinaną przez wszystkich 6 rano. I to w sierpniu. W poniedziałek.

Co mnie podkusiło?

„Klub Godziny 6:00” poznałam dzięki jednej z książek Briana Tracy. Nie jestem pewna której. Właściwie nie ma to większego znaczenia, bo zapamiętałam najważniejsze – wrażenie, jakie ten pomysł na mnie zrobił. Brzmiało to niesamowicie. Ile to można przeczytać, napisać, wymyślić, zrobić. Pod jednym warunkiem: pobudka o 6 rano!

Pierwszy raz spróbowałam 3 lata temu. W mieszkaniu budzili się wszyscy poza mną. Perfekcyjnie opanowałam więc wyłączanie trzech budzików prawie się nie wybudzając. Z czasem nabrałam zrozumienia dla swojego otoczenia
i zaprzestałam tych porannych procederów. Klapa numer jeden.

Czemu więc wracam do tematu? Przekonałam się w ciągu ostatnich miesięcy, że spraw pilnych u mnie  przybywa, lista rzeczy ważnych się nie zmniejsza, a na „moje” sprawy ciągle brakuje czasu. Z biegiem dni udawało mi się domykać kolejne palące się projekty. Nawet z pewnymi sukcesami. Ciągle coś robiłam i od lutego sporo się uzbierało. Poza jednym- ciągle brakowało mi czasu na projekt dla mnie najważniejszy „Młodzi Mogą Więcej”. Zrobiłam mało, albo nic. A czas przeleciał.

Krok drugi

Pierwszym krokiem nie jest ustawienie budzika w telefonie. Raczej włączenie małej lampki w głowie, która ma być przypomnieniem o uważności. Tik- Tak. Czas ucieka.
Wierzę mocno, że każdy dobrze wie co odkłada na „później”. Jakiemu marzeniu mówi w tej chwili „nie”. To trochę jak z oszczędzaniem. Na koniec miesiąca lepiej dla nas gdy oszczędzaliśmy złotówkę dziennie, niż jeśli nie odłożyliśmy nic. Snując przez trzydzieści dni wizję włożenia do skarpety grubej warstwy zaskórniaków.
Zacznij dziś. Pojutrze na koniec dnia będziesz miał trzy dni doświadczenia, w tym co zamierzasz robić.
Warto.

Drugi krok to już wyższy level, bo wymaga łączenia zadań. Wstajesz o 6 i walisz w dziób wszystkie rozpraszacze. Żadnych pożarowych tematów, sensacyjnych newsów, czy interesujących fragmentów w gazecie. Tylko Ty i sprawa, dla której wstałeś tak wcześniej. Inaczej można nabawić się efektu jo-jo. Jak w źle przeprowadzonym odchudzaniu.

Trudno mi póki co ocenić czy moja relacja z budzikiem ustawionym na 6 rano ma szansę na wspólną przyszłość. Póki co jestem w fazie zauroczenia i snucia planów. No cóż… czas zmierzyć się z wyzwaniem wspólnego życia.

Dzień dobry, 6 rano.

O Autorze

Zostaw odpowiedź

Twój e-mail nie zostanie opublikowany